|
Wielkopolanie
nie zawiedli. Ponad tysiąc ubranek dla dzieci i odzieży dla dorosłych,
kilkaset zabawek, środki czystości oraz artykuły szkolne - to wszystko
przynieśli do biura posła Filipa Kaczmarka mieszkańcy naszego regionu, aby
pomóc Białorusinom. Pakujemy samochód i we wtorek 6 grudnia o piątej rano
wyruszamy. Wieziemy prezenty do Mścisławia - dla dzieci z przedszkola, domu
dziecka i parafii księdza Karola Tomeckiego oraz do Smoleńska dla Domu
Polskiego i parafii Ojca Ptolemeusza.
Godz.13.30
Dojeżdżamy
do Białej Podlaskiej. Wchodzimy do konsulatu Białorusi. Nasz cel zdobyć
wizy. Po kilku minutach oddychamy z ulgą. Udało się. Andrzej Radke, Zbigniew
Reiss i Marek Sternalski nie są niemile widziani na Białorusi. Odbieramy
nasze paszporty i ruszamy na granice.
Godzina
16. 00
Jesteśmy
na granicy w Terespolu. Dojeżdżamy do niej pasem dla obywateli UE. Mijamy
kilometrową kolejkę białoruskich samochodów. Po polskiej stronie żadnych
problemów. Jedziemy w stronę białoruskich pograniczników. Kończy się
normalność. Zaczyna się absurd. Karteczki, papierki, pieczątki, ksera.
Musimy zgromadzić cały plik dziwnych dokumentów, aby mieć szansę spotkać
się z celnikiem. Mija godzina. Podchodzi do nas celnik. Ogląda papiery…
NIET ! Musicie jechać na przejście dla Tirów. Pomoc charytatywna tylko tamtędy.
Nie ma dyskusji. To nic, że jedziemy vanem a obok nas spokojnie przez granice
przejeżdżają busy wyładowane po brzegi meblami. Pomoc charytatywna nie jest
na tym przejściu mile widziana. Jedziemy na Kukuryki.
Godzina
18.00
Dojeżdżamy
do terminalu. Śmigamy naszym Fordem pomiędzy tirami, wyglądamy na ich tle
jak samochód zabawka. Polska strona. Wszystko idzie jak po sznurku. Dziwią się
tylko celnicy jakim cudem znalazł się tu nasz samochód. Puszczają nas bez
kolejki. Dojeżdżamy na stronę białoruską. Wydaje się, że tym razem będzie
dobrze. Do czasu. Kiedy zbieramy pieczątki nagle okazuje się, że organizacja
dla której wiedziemy pomoc… nie jest na liście organizacji, którym
zezwolono na przyjmowanie pomocy charytatywnej. Musicie czekać do rana a rano
Białorusini muszą załatwić zezwolenie na przyjęcie pomocy. Inaczej nie
wjedziemy. Pojawia się szansą w miejscu do którego jedziemy jest według
celników stowarzyszenie, które taką zgodę Prezydenta Białorusi posiada.
Mijają dwie godziny i to co niemożliwe staje się faktem. Z Mścisławia
przychodzi faks, który daje nam prawo walczyć dalej o wjazd na Białoruś.
Siedzimy i patrzymy jak Andrzej biega po piętrach urzędu celnego i załatwia
kolejne pieczątki. Razem z nim godzinami biegają kierowcy tirów. Kolekcja
wpisów i stempli na naszym druczku jest imponująca. Mija osiem godzin.
W
ŚRODĘ O 2.00 JESTEŚMY NA BIAŁORUSI
Mińsk,
Mohylew /tu czeka na nas ks. Karol/ i Mścisław - cel naszej podróży. Jesteśmy
wczesnym popołudniem. Gospodarze u których mieszka ks. Karol częstują nas
pysznym białoruskim barszczem i naleśnikami z grzybami. Czym chata bogata
tutaj to przysłowie nabiera sensu. Na stół wędrują specjały białoruskiej
kuchni. Większość z nich jest własnej roboty i z własnych zbiorów. Z
emerytury nie da się tu zrobić bogatych zakupów. Pijemy herbatę słodzoną
miodem z pasieki gospodarza. Skromnie, ciepło, czysto. Kibelek na zewnątrz.
Zamiast wanny miska. Idziemy na roraty. Kaplica przy zniszczonym kościele.
Kiedyś było tu pięknie, ale przyszła rewolucja i zabiła piękno oraz
wytrzebiła ludzkie dusze. Kilkoro osób z lampionami modli się w skupieniu.
Zastanawiamy się jak ten Karol może wytrzymać w cienkim ornacie całą msze.
Okazuje się, że nie jedną mszę. O osiemnastej będzie druga na którą
przyjdzie jedna osoba. TO JEST POWOŁANIE. My tego nie zrozumiemy. Czekając na
Karola jedziemy zobaczyć miasto. Od kiedy byłem tu pierwszy raz w 1996 roku
prawie nic się nie zmieniło. Te same sklepy, szyldy i dziury w drodze. Te
same smutne twarze i wszędzie wieczorem ciemno. W sklepie mięso ma fioletowy
kolor. Ceny towarów prawie takie jak w Polsce, a pensje Białorusinów? Jeśli
masz szczęście to ponad dwukrotnie niższe niż w Polsce. Wieczorem siadamy
do kolacji. Chce się spać, ale nocne polsko - białoruskie rozmowy nie
pozwalają zasnąć. Babuszka przygotowuje łóżka. Wreszcie zasypiamy.
CZWARTEK
Andrzej
zawozi dary do składu celnego. Za kilka dni dary trafią do najbiedniejszych.
My jedziemy do mścisławskiego przedszkola zrobić zdjęcia dzieci, którym będziemy
chcieli zorganizować stałą pomoc. Jemy zupę grzybową i z trzylitrowymi słojami
miodu /najlepszy miód na wschodniej Białorusi/ wracamy do Polski. Z ojcem
Ptolemeuszem dogadujemy sposób w jaki z Mścisławia odbierze prezenty do
Smoleńska Mohylew - Mińsk - problemy na granicy o których nie chce się już
pisać - Polska. O 12 jesteśmy w Poznaniu.
A
na wiosnę pojedziemy znowu i zawieziemy radość mając nadzieję, że zmieni
ona tamtejszą rzeczywistość.
Szczególne
podziękowania dla Andrzeja Radke, który spędził za kierownicą ok. 40
godzin i załatwiał rzeczy niemożliwe.
Marek
Sternalski
|