Ostania aktualizacja :


Stronę odwiedziło już

 


 

Wiadomości

 

 

 

Polemika posła Filipa Kaczmarka z artykułem 
Jędrzeja Bieleckiego 
/Skąpimy dla ubogich, Polska to skąpy kraj, Rz. 07.07.2005/

 

PPR czyli polska polityka rozwojowa. 

Bardzo mnie ucieszyło to, że "Rzeczpospolita" zajęła się polityką rozwojową i kwestią zaangażowaniem Polski w pomoc dla najbiedniejszych krajów świata. Niestety w tekstach Jędrzeja Bieleckiego /Skąpimy dla ubogich, Polska to skąpy kraj, Rz. 07.07.2005/ znalazło się kilka błędów i niedomówień, które zniekształcają obraz polskiej polityki rozwojowej. Sprawa współpracy rozwojowej i zaangażowania Polski jest zbyt ważna, aby pozostawić to bez komentarza i uzupełnienia.

Czy Polska jest skąpa?

Unia Europejska i jej kraje członkowskie są największym dawcą pomocy na świecie. Unia traktuje politykę rozwojową jako ważne zadanie dla samej siebie, jak i dla krajów członkowskich. Jednak podstawowym źródłem finansowania nie jest wcale budżet UE. Najważniejszym instrumentem finansowym jest bowiem Europejski Fundusz Rozwoju /EDF/, który nie jest częścią unijnego budżetu. Co prawda Komisja Europejska proponuje tzw. budżetyzację EDF, czyli włączenie tego funduszu do budżetu. Nie wiadomo jednak czy propozycja ta zostanie zaakceptowana, a jeżeli tak to, kiedy zostanie zrealizowana. Na razie Polska nie uczestniczy we współfinansowaniu EDF. Nie jest zatem zaskakujące, że nasze składki do budżetu UE jakościowo nie zwiększają naszego zaangażowania w pomoc rozwojową. W 2004 r. tylko 76,5 milionów dolarów naszej składki j było przeznaczane na cele rozwojowe. Co prawda stanowi to ponad połowę całej naszej pomocy rozwojowej, ale dzieje się tak tylko dlatego, że wydajemy na ten cel po prostu mało pieniędzy.

Drugim źródłem finansowania są budżety państw członkowskich, które robią to w ramach tzw. oficjalnej pomocy rozwojowej. I właśnie ta pomoc jest porównywalna przez odniesienie do PKB w danym kraju. Unia ma świadomość, że Polska i inne nowe kraje członkowskie nie są w stanie osiągnąć szybko tego, aby 0,7% PKB przeznaczać na pomoc rozwojową. Dlatego na ostatnim, czerwcowym szczycie Rady Europejskiej w Brukseli przyjęto, że nowe kraje członkowskie powinny osiągnąć pułap pomocy w wysokości 0,17% PKB do roku 2010 i 0,33% do roku 2015. W przypadku starych krajów członkowskich zobowiązano je do osiągnięcia poziomu 0,51% do roku 2010 i 0,7% do roku 2015. Polski rząd w pełni zaakceptował to zobowiązanie. Choć trzeba przyznać, że nie było to specjalnym osiągnięciem, bo ciężar finansowy tegoż zobowiązania będzie musiał udźwignąć już zupełnie inny rząd.

To prawda, że Polska przeznacza mało pieniędzy, ale też, szczerze mówiąc, nasi partnerzy z UE mają świadomość, że startujemy z niskiego pułapu i nie możemy dorównać krajom, które prowadzą politykę rozwojową od kilkudziesięciu lat. Nikt poważny nie oczekiwał od nas dawania więcej pieniędzy niż jesteśmy w stanie. Oczekiwania dotyczą raczej innego wymiaru polityki rozwojowej.

Słabość organizacyjna.

Jestem przekonany, że jeżeli Polska chce być wewnątrz UE traktowana jako ważny partner musi poświęcać polityce rozwojowej więcej uwagi. Nie powinniśmy koncentrować się wyłącznie na tych obszarach polityki europejskiej, które są ważne dla naszego narodowego interesu - polityce rolnej, polityce regionalnej, liberalizacji usług czy polityce wschodniej UE. Jeżeli nie chcemy być postrzegani jako egoistyczni nowicjusze musimy też zajmować się tym, co jest ważne dla UE. A jednym z tych zagadnień jest właśnie polityka rozwojowa.

Problem polega na tym, że w przypadku Polski nie wiadomo, kto ma zajmować się rozwojem polityki rozwojowej. W wielu krajach unijnych politykę rozwojową prowadzą odrębne ministerstwa, np. w Wielkiej Brytanii minister rozwoju międzynarodowego, w Luksemburgu minister ds. współpracy i akcji humanitarnych. W wielu krajach istnieją też wyspecjalizowane agendy rządowe, dysponujące środkami publicznymi, przeznaczonymi na finansowanie projektów rozwojowych. Nie sądzę, aby w czasach, gdy mówi się o odchudzeniu administracji państwowej, było możliwe utworzenie w Polsce nowego ministerstwa czy nawet nowej agencji rządowej. Niemniej 5 osób, zajmujących się polityką rozwojową w Wydziale Współpracy Rozwojowej Departamentu Systemu Narodów Zjednoczonych i Problemów Globalnych Ministerstwa Spraw Zagranicznych, to trochę za mało, jak na kraj aspirujący dla roli ważnego unijnego gracza. Tym bardziej, że luki tej nie mogą wypełnić organizacje pozarządowe. Podobnie jak rząd, organizacje pozarządowe dopiero zaczynają zajmować się polityką rozwojową. W tym roku ma powstać w MSZ Departament Współpracy Rozwojowej, w którym ma pracować kilkanaście osób. Jest zatem szansa, że pokażemy Unii Europejskiej, iż polityka rozwojowa staje się dla nas naprawdę ważna.

Strategia jest, ale....

Strategię polskiej współpracy na rzecz rozwoju rząd przyjął już dwa lata temu. Zakładała ona, że w roku 2006 na pomoc rozwojową przeznaczymy 0,1% PKB. Skoro jednak w 2004 r. współczynnik ten wynosił 0,05%, to podwojenie go w ciągu dwóch lat, wydaje się zadaniem bardzo trudnym. Co roku jest też przyjmowany ramowy plan działań pomocowych. To w tym dokumencie określa się kraje, które są priorytetowe, jako adresaci naszej pomocy. W roku 2004 były to Afganistan /a nie Algieria/, Irak, Gruzja, Mołdawia, Angola i Wietnam. W tym roku list jest dość podobna, dodano do niej tylko Autonomię Palestyńską. Widać wyraźnie, że motywacje w wyborze krajów priorytetowych miały charakter polityczny. Nie są to wcale najbiedniejsze kraje świata. Nie jest to postępowanie typowe tylko dla Polski. Gorsze jest to, że ani w Polsce, ani w UE niewiele osób w ogóle wie, że to właśnie tym konkretnym krajom chcemy pomagać.

Listy krajów priorytetowych nie powinno się porównywać z listą krajów, którym Polska podarowała lub zamierza podarować długi. Nie mają one ze sobą wiele wspólnego. Proces oddłużeniowy toczy się zgodnie z inicjatywą oddłużeniową, HIPC, która obejmuje tylko najuboższe i najbardziej zadłużone kraje świata. Żaden z krajów priorytetowych dla Polski nie jest objęty tą inicjatywą. Zgodnie z tą inicjatywą miano zredukować 90 % długów tych krajów. Jednak UE i Polska zdecydowały się na całkowite anulowanie tych długów. Rząd polski już w ubiegłym roku podjął decyzję o całkowitym anulowaniu długów Tanzanii, Mozambikowi i Nikaragui. Ich zadłużenie wobec Polski wynosi według rządu 53,2 milionów dolarów, choć w zestawieniach Międzynarodowego Funduszu Walutowego suma ta jest znacznie mniejsza i wynosi tylko 13,1 milionów dolarów. Faktycznie długi zostaną formalnie anulowane dopiero po podpisaniu stosownych umów, które są przygotowywane w ministerstwie finansów.

Co ma piernik do wiatraka?

Według anonimowych ekspertów brukselskich, na których powołuje się red. J. Bielecki, słabe zaangażowanie finansowe Polski w pomoc rozwojową połączone z promowaniem przez Polskę wartości chrześcijańskich stawia nas w złym świetle. To zaskakujące stwierdzenie. Nigdy nie spotkałem się z taką opinią. Myślę, że stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze nie sądzę, żeby obecny rząd zajmował się promowaniem wartości chrześcijańskich, a to przecież od rządu zależy ile przeznaczamy pieniędzy na pomoc rozwojową. Po drugie Unia Europejska jest bardzo przywiązana do własnej świeckości i nie uzasadnia swej pomocy dla najbiedniejszych argumentami natury religijnej. Mam wrażenie, że dość często jest wręcz przeciwnie. Wielokrotnie socjaliści i liberałowie w Parlamencie Europejskim podnosili kwestię promowania i finansowania przez UE tzw. zdrowia reprodukcyjnego w krajach biednych. Kłopot polega na tym, że zdrowie reprodukcyjne obejmuje również dokonywanie aborcji, co nie jest neutralne światopoglądowo. Nawet osobom obojętnym religijnie idea finansowania przez UE aborcji w krajach biednych wydaje się kontrowersyjna. Po trzecie chrześcijańskie organizacje pozarządowe wykonują olbrzymią pracę w krajach rozwijających się. Organizacją, która zebrała największą ilość pieniędzy od osób prywatnych, przeznaczonych na pomoc dla ofiar ubiegłorocznego tsunami w Azji jest CARITAS. Tak więc samo promowanie wartości chrześcijańskich przyczynia się pośrednio do wzmocnienia polityki rozwojowej. Nie widzę również silnego związku między tzw. sprawiedliwym handlem a religijnością lub stopniem zliberalizowania danego społeczeństwa. Produkty, pochodzące ze sprawiedliwego handlu są droższe niż normalne produkty. Popyt na nie jest zatem bardziej zależny od siły nabywczej mieszkańców danego kraju niż od ich poglądów religijnych.

 

Filip Kaczmarek
poseł do Parlamentu Europejskiego,
PO członek Komisji Rozwoju

artykułu Jędrzeja Bieleckiego z Rzeczpospolitej
/Skąpimy dla ubogich, Polska to skąpy kraj, Rz. 07.07.2005/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

Copyright © 2006 CyberBob