|
PPR
czyli polska polityka rozwojowa.
Bardzo
mnie ucieszyło to, że "Rzeczpospolita" zajęła się polityką
rozwojową i kwestią zaangażowaniem Polski w pomoc dla
najbiedniejszych krajów świata. Niestety w tekstach Jędrzeja
Bieleckiego /Skąpimy dla ubogich, Polska to skąpy kraj, Rz.
07.07.2005/ znalazło się kilka błędów i niedomówień, które
zniekształcają obraz polskiej polityki rozwojowej. Sprawa współpracy
rozwojowej i zaangażowania Polski jest zbyt ważna, aby pozostawić to
bez komentarza i uzupełnienia.
Czy
Polska jest skąpa?
Unia
Europejska i jej kraje członkowskie są największym dawcą pomocy na
świecie. Unia traktuje politykę rozwojową jako ważne zadanie dla
samej siebie, jak i dla krajów członkowskich. Jednak podstawowym źródłem
finansowania nie jest wcale budżet UE. Najważniejszym instrumentem
finansowym jest bowiem Europejski Fundusz Rozwoju /EDF/, który nie jest
częścią unijnego budżetu. Co prawda Komisja Europejska proponuje
tzw. budżetyzację EDF, czyli włączenie tego funduszu do budżetu.
Nie wiadomo jednak czy propozycja ta zostanie zaakceptowana, a jeżeli
tak to, kiedy zostanie zrealizowana. Na razie Polska nie uczestniczy we
współfinansowaniu EDF. Nie jest zatem zaskakujące, że nasze składki
do budżetu UE jakościowo nie zwiększają naszego zaangażowania w
pomoc rozwojową. W 2004 r. tylko 76,5 milionów dolarów naszej składki
j było przeznaczane na cele rozwojowe. Co prawda stanowi to ponad połowę
całej naszej pomocy rozwojowej, ale dzieje się tak tylko dlatego, że
wydajemy na ten cel po prostu mało pieniędzy.
Drugim
źródłem finansowania są budżety państw członkowskich, które robią
to w ramach tzw. oficjalnej pomocy rozwojowej. I właśnie ta pomoc jest
porównywalna przez odniesienie do PKB w danym kraju. Unia ma świadomość,
że Polska i inne nowe kraje członkowskie nie są w stanie osiągnąć
szybko tego, aby 0,7% PKB przeznaczać na pomoc rozwojową. Dlatego na
ostatnim, czerwcowym szczycie Rady Europejskiej w Brukseli przyjęto, że
nowe kraje członkowskie powinny osiągnąć pułap pomocy w wysokości
0,17% PKB do roku 2010 i 0,33% do roku 2015. W przypadku starych krajów
członkowskich zobowiązano je do osiągnięcia poziomu 0,51% do roku
2010 i 0,7% do roku 2015. Polski rząd w pełni zaakceptował to zobowiązanie.
Choć trzeba przyznać, że nie było to specjalnym osiągnięciem, bo
ciężar finansowy tegoż zobowiązania będzie musiał udźwignąć już
zupełnie inny rząd.
To
prawda, że Polska przeznacza mało pieniędzy, ale też, szczerze mówiąc,
nasi partnerzy z UE mają świadomość, że startujemy z niskiego pułapu
i nie możemy dorównać krajom, które prowadzą politykę rozwojową
od kilkudziesięciu lat. Nikt poważny nie oczekiwał od nas dawania więcej
pieniędzy niż jesteśmy w stanie. Oczekiwania dotyczą raczej innego
wymiaru polityki rozwojowej.
Słabość
organizacyjna.
Jestem
przekonany, że jeżeli Polska chce być wewnątrz UE traktowana jako ważny
partner musi poświęcać polityce rozwojowej więcej uwagi. Nie powinniśmy
koncentrować się wyłącznie na tych obszarach polityki europejskiej,
które są ważne dla naszego narodowego interesu - polityce rolnej,
polityce regionalnej, liberalizacji usług czy polityce wschodniej UE.
Jeżeli nie chcemy być postrzegani jako egoistyczni nowicjusze musimy
też zajmować się tym, co jest ważne dla UE. A jednym z tych zagadnień
jest właśnie polityka rozwojowa.
Problem
polega na tym, że w przypadku Polski nie wiadomo, kto ma zajmować się
rozwojem polityki rozwojowej. W wielu krajach unijnych politykę
rozwojową prowadzą odrębne ministerstwa, np. w Wielkiej Brytanii
minister rozwoju międzynarodowego, w Luksemburgu minister ds. współpracy
i akcji humanitarnych. W wielu krajach istnieją też wyspecjalizowane
agendy rządowe, dysponujące środkami publicznymi, przeznaczonymi na
finansowanie projektów rozwojowych. Nie sądzę, aby w czasach, gdy
mówi się o odchudzeniu administracji państwowej, było możliwe
utworzenie w Polsce nowego ministerstwa czy nawet nowej agencji rządowej.
Niemniej 5 osób, zajmujących się polityką rozwojową w Wydziale
Współpracy Rozwojowej Departamentu Systemu Narodów Zjednoczonych i
Problemów Globalnych Ministerstwa Spraw Zagranicznych, to trochę za mało,
jak na kraj aspirujący dla roli ważnego unijnego gracza. Tym bardziej,
że luki tej nie mogą wypełnić organizacje pozarządowe. Podobnie jak
rząd, organizacje pozarządowe dopiero zaczynają zajmować się
polityką rozwojową. W tym roku ma powstać w MSZ Departament Współpracy
Rozwojowej, w którym ma pracować kilkanaście osób. Jest zatem
szansa, że pokażemy Unii Europejskiej, iż polityka rozwojowa staje się
dla nas naprawdę ważna.
Strategia
jest, ale....
Strategię polskiej współpracy na rzecz rozwoju rząd przyjął już dwa lata temu. Zakładała ona, że w roku 2006 na
pomoc rozwojową przeznaczymy 0,1% PKB. Skoro jednak w 2004 r. współczynnik
ten wynosił 0,05%, to podwojenie go w ciągu dwóch lat, wydaje się
zadaniem bardzo trudnym. Co roku jest też przyjmowany ramowy plan działań
pomocowych. To w tym dokumencie określa się kraje, które są
priorytetowe, jako adresaci naszej pomocy. W roku 2004 były to
Afganistan /a nie Algieria/, Irak, Gruzja, Mołdawia, Angola i Wietnam.
W tym roku list jest dość podobna, dodano do niej tylko Autonomię
Palestyńską. Widać wyraźnie, że motywacje w wyborze krajów
priorytetowych miały charakter polityczny. Nie są to wcale
najbiedniejsze kraje świata. Nie jest to postępowanie typowe tylko dla
Polski. Gorsze jest to, że ani w Polsce, ani w UE niewiele osób w
ogóle wie, że to właśnie tym konkretnym krajom chcemy pomagać.
Listy
krajów priorytetowych nie powinno się porównywać z listą krajów,
którym Polska podarowała lub zamierza podarować długi. Nie mają one
ze sobą wiele wspólnego. Proces oddłużeniowy toczy się zgodnie z
inicjatywą oddłużeniową, HIPC, która obejmuje tylko najuboższe i
najbardziej zadłużone kraje świata. Żaden z krajów priorytetowych
dla Polski nie jest objęty tą inicjatywą. Zgodnie z tą inicjatywą
miano zredukować 90 % długów tych krajów. Jednak UE i Polska
zdecydowały się na całkowite anulowanie tych długów. Rząd polski
już w ubiegłym roku podjął decyzję o całkowitym anulowaniu długów
Tanzanii, Mozambikowi i Nikaragui. Ich zadłużenie wobec Polski wynosi
według rządu 53,2 milionów dolarów, choć w zestawieniach Międzynarodowego
Funduszu Walutowego suma ta jest znacznie mniejsza i wynosi tylko 13,1
milionów dolarów. Faktycznie długi zostaną formalnie anulowane
dopiero po podpisaniu stosownych umów, które są przygotowywane w
ministerstwie finansów.
Co
ma piernik do wiatraka?
Według
anonimowych ekspertów brukselskich, na których powołuje się red. J.
Bielecki, słabe zaangażowanie finansowe Polski w pomoc rozwojową połączone
z promowaniem przez Polskę wartości chrześcijańskich stawia nas w złym
świetle. To zaskakujące stwierdzenie. Nigdy nie spotkałem się z taką
opinią. Myślę, że stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze nie
sądzę, żeby obecny rząd zajmował się promowaniem wartości chrześcijańskich,
a to przecież od rządu zależy ile przeznaczamy pieniędzy na pomoc
rozwojową. Po drugie Unia Europejska jest bardzo przywiązana do własnej
świeckości i nie uzasadnia swej pomocy dla najbiedniejszych
argumentami natury religijnej. Mam wrażenie, że dość często jest wręcz
przeciwnie. Wielokrotnie socjaliści i liberałowie w Parlamencie
Europejskim podnosili kwestię promowania i finansowania przez UE tzw.
zdrowia reprodukcyjnego w krajach biednych. Kłopot polega na tym, że
zdrowie reprodukcyjne obejmuje również dokonywanie aborcji, co nie
jest neutralne światopoglądowo. Nawet osobom obojętnym religijnie
idea finansowania przez UE aborcji w krajach biednych wydaje się
kontrowersyjna. Po trzecie chrześcijańskie organizacje pozarządowe
wykonują olbrzymią pracę w krajach rozwijających się. Organizacją,
która zebrała największą ilość pieniędzy od osób prywatnych,
przeznaczonych na pomoc dla ofiar ubiegłorocznego tsunami w Azji jest
CARITAS. Tak więc samo promowanie wartości chrześcijańskich
przyczynia się pośrednio do wzmocnienia polityki rozwojowej. Nie widzę
również silnego związku między tzw. sprawiedliwym handlem a
religijnością lub stopniem zliberalizowania danego społeczeństwa.
Produkty, pochodzące ze sprawiedliwego handlu są droższe niż
normalne produkty. Popyt na nie jest zatem bardziej zależny od siły
nabywczej mieszkańców danego kraju niż od ich poglądów religijnych.
Filip
Kaczmarek
poseł do Parlamentu Europejskiego,
PO członek Komisji Rozwoju
artykułu
Jędrzeja Bieleckiego z Rzeczpospolitej
/Skąpimy dla ubogich, Polska to skąpy kraj, Rz. 07.07.2005/
|